| Plan antykryzysowy dla Polski |
|
| 11.10.2008. | |
Na naszych oczach załamuje się światowy ład gospodarczy oparty na kapitalistycznych zasadach i papierowym pieniądzu. Mam po kilka rad dla parlamentu, rządu i Komisji Nadzoru Finansowego, jak złagodzić skutki kryzysu. Większość jest dość radykalna. Idą jednak bardzo ciężkie czasy, które wymagają nadzwyczajnych działań.
Mamy do czynienia ze wstępną fazą krachu. Będzie on potężniejszy niż Wielki Kryzys w latach 30 XX wieku, gdy dochód narodowy wielu państw w kilka lat obniżył się o 30-40 proc. a bezrobocie wzrosło w USA do 25 proc., a w wielu krajach było większe. Przyczyną obecnego krachu jest klasyczna nadprodukcja, trwające przez wiele lat naruszenia równowagi między popytem i podażą. Popyt był w dużej części sztuczny, nakręcany przez kredyty, a zadłużali się obywatele i państwa. Kreowany był nie tylko przez dodruk papierowego pieniądza, głównie przez amerykańskie banki (to już prowadziło do stanu głębokiej nierównowagi między podażą i popytem). Największym zagrożeniem okazały się jednak wirtualne papiery wartościowe tworzone przez specjalistów od instrumentów pochodnych głównie w amerykańskich bankach inwestycyjnych. Piotr Kuczyński, analityk firmy Xelion, podał, że według amerykańskich szacunków wartość instrumentów pochodnych na rynku finansowym to 600 bilionów dolarów. Te biliony dolarów są zapisane w aktywach wielu banków amerykańskich, europejskich, azjatyckich i arabskich oraz w rezerwach dewizowych wielu państw, np. Chin. Większość z nich to bezwartościowe śmieci. Banki to tej pory ujawniły tylko część tych śmieci. Trudno oszacować, czy kilka, czy więcej procent. Szefowie banków już wiedzą, że to śmieci, dlatego wielu z nich błaga państwa, czyli podatników o pomoc. Państwa są już jednak zadłużone po uszy, by ratować banki muszą drukować pieniądze, wypuszczać na rynek kolejne śmieci, choć mniej bezwartościowe niż derywaty, które mają banki. W wyniku tworzenia wirtualnych papierów napędzony został sztuczny popyt na domy, mieszkania, samochody i inne dobra na całym świecie. Banki udzielając kredytów na mieszkania, nie miały po drugiej stronie depozytów klientów, czyli papierowego pieniądza, tylko wykreowane papiery, których wartość była znacznie zawyżona. Zawyżenie wartości wzięło się ze sztucznie napędzonego wzrostu cen nieruchomości. Proces ten znacznie przyspieszył po obniżeniu stóp procentowych w USA na początku XXI wieku i rozluźnienia polityki kredytowej przez banki. Kredyty hipoteczne to miała być maszynka do zarabiania pieniędzy przez banki. Przekonany o tym był np. prof. dr hab. Leszek Pawłowicz, Dyrektor Gdańskiej Akademii Bankowej, który 24 kwietnia 2007 r. na Forum Nowoczesnych Technologii dla Bankowości Spółdzielczej zachęcał banki spółdzielcze do większego zaangażowania się w nie. Powiedział ich prezesom, że przez najbliższe kilka lat rynek kredytów hipotecznych będzie się dynamicznie rozwijał. Sprzyjać mu będzie polepszanie się sytuacji gospodarstw domowych, niskie stopy procentowe oraz wzrost cen nieruchomości. Jego zdaniem, działa tu samonapędzający się mechanizm – niska cena kredytów hipotecznych wyzwala wzrost popytu na nie, co przekłada się na wzrost popytu na mieszkania. To z kolej prowadzi do wzrostu cen mieszkań, a ten wywołuje jeszcze większy popyt na kredyty, gdyż ludzie boją się, że wkrótce ceny mieszkań tak pójdą do góry, że nie będzie ich stać na ich kupno. Wzmożony popyt na kredyty wywołała również liberalizacja ich przyznawania przez banki. Obniżyły one wymogi dotyczące zdolności kredytowej, dają je już nawet na 110 proc. wartości mieszkania bez żadnego wkładu własnego. Wiosną 2007 r. pojawiły się informacje o spadku cen nieruchomości w Hiszpanii. Zdaniem prof. Pawłowicz to była tylko korekta w stałym trendzie wzrostowym. Trudno dziś powiedzieć, czy banki komercyjne, działające w Polsce w latach 2005-2007 skoordynowały swoje działania na rynku kredytów hipotecznych, by wywołać wzrost cen nieruchomości i uruchomić ten samonapędzający się mechanizm boomu, czy też jeden zaczął obniżać marże i luzować politykę kredytową, a inne poszły za nim. Można to sprawdzić, ale dziś nie ma większego znaczenia, kto bardziej zawinił. Na szczęście dla Polski krach na rynku kredytów hipotecznych w USA, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii wraz z obniżeniem wartości nieruchomości skłonił również banki komercyjne w naszym kraju do rozsądku. Ten samonapędzający się mechanizm działał w USA i Europie Zachodniej przez wiele lat. Ludzie brali kredyty na 100 proc. nieruchomości, licząc że ceny domów i mieszkań będą rosły dalej. Wielu Brytyjczyków, Hiszpanów, Niemców zainwestowało również w mieszkania w Polsce, planując je sprzedać po kilku lat za dużą wyższą cenę z zyskiem.
Taką wartość ma nadprodukcja wypracowana przez ostatnie lata na globalnym rynku nieruchomości. To jest nadwyżka podaży nad popytem, który został wykreowany przez sztuczne papiery wartościowe. Ich wartość źle szacowały banki i agencje ratingowe.
Programy emerytalne nastawione na inwestowanie w akcje na giełdach wykreowały zaś sporo sztucznego popytu na akcje, szczególnie wtedy, gdy są to programy obowiązkowe. Sporo sztucznego globalnego popytu stworzyły też wydatki zbrojeniowe (wojna w Iraku i Afganistanie oraz rywalizacja mocarstw) i olimpiada w Pekinie (te wspaniałe stadiony w biednym kraju). Nadwyżka podaży nad realnym popytem jest tak olbrzymia, że potężny będzie również globalny krach, który właśnie się zaczął. Obrazowo można opisać to, jak walenie się tamy, która został zbudowana przez banki inwestycyjne. Od kilku lat było widać na niej rysy, w 2006 r. zaczęła przeciekać w niektórych miejsca, w 2007 r. tych miejsc było coraz więcej, w 2008 r. widać już dziury. Nikt nie ma kilkudziesięciu bilionów dolarów gotówką, by uratować wszystkie banki Prawo podaży i popytu przypomniało o sobie i nikt na świecie nie jest w stanie przeszkodzić mu w zaprowadzeniu stanu równowagi w globalnej gospodarce. Rządy wielkich mocarstw mogą się trudzić i kombinować, ale są za słabe, by przeciwstawić się siłom natury gospodarki. To jest wielki żywioł.
W USA niedługo padnie przemysł motoryzacyjny, budowlany i materiałów budowlanych. Następnie w kłopoty wpadną ich dostawcy - przemysł chemiczny, elektromaszynowy, drzewny. Gdy bezrobocie dojdzie do 15 procent, zawalą się usługi. Ludzie nie będą mieli pieniędzy, by chodzić do drogich restauracji, salonów fryzjerskich i centrów rozrywkowych. Pracę straci wielu prawników, pośredników kredytowych, doradców finansowych, dziennikarzy, grafików, artystów... Prywatne podmioty gospodarcze nie są w stanie same wiele zrobić. Zamarcie rynku międzybankowego w USA i Zachodniej Europie pokazuje, że prywatne banki są sparaliżowane strachem. W wielu przypadkach ich aktywa są większe niż PKB państw, na których terenie mają swoje siedziby. Należy spodziewać się więc dalszej nacjonalizacji banków i dużych przedsiębiorstw produkcyjnych oraz wzrostu protekcjonizmu poszczególnych państw. Rodzi się jednak pytanie, czy znajdzie się tyle szalup ratunkowych, by uratować wszystkich. Wydaje się, że nie. Stan równowagi światowa gospodarka osiągnie na znacznie niższym poziomie produktu. W kilka lat może on spaść o 10, może 20 procent, a może więcej. Trudno teraz określić, na jakim poziomie prawo podaży i popytu znajdzie globalny stan równowagi.
Nasze państwo też jest zadłużone po uszy. Sporo ludzi nadal mieszka jednak na wsi, gdzie łatwiej przeżyć. Polska jest częścią w miarę stabilnego organizmu gospodarczego, jakim jest Unia Europejska. Nie prowadzi wojny gospodarczej z Niemcami. Nie ma granic celnych między naszym państwem a ważnymi rynkami, na które eksportujemy produkowane w naszym kraju towary. Mamy tanią siłę roboczą, więc kapitał, który będzie chciał ominąć unijne bariery celne i administracyjne, będzie wędrował do nas. Ciągle mamy też instrument, który pozwala interweniować na rynku pieniężnym - własną walutę, którą można w razie potrzeby administracyjnie zdewaluować, czy manewrować stopami procentowymi. Zagraniczny kapitał nie obawia się, tak jak w latach 30. XX wieku, że jesteśmy państwem tymczasowym , które może być zniszczone podczas kolejnej wojny. Wydaje się więc, że wielki kryzys początku XXI wieku, który jest nieuchronny, nasz kraj przeżyje łagodniej niż inne państwa Zachodu i Wschodu. Mam jednak kilka pomysłów, co zrobić, by złagodzić skutki kryzysu. Rady dla parlamentu:
Rady dla rządu:
Rady dla Komisji Nadzoru Finansowego: 1. Trzeba wprowadzić zakaz udzielania przez banki kredytów hipotecznych, jeżeli potencjalny klient ma mniej niż 50 proc. wkładu własnego na koncie w banku.
Polski system bankowy wydaje mi się zdrowy. Mam nadzieję, że 2 miliardy złotych, które zgromadził Bankowy Fundusz Gwarancyjny wystarczą na ratowanie banków, które wpadną w kłopoty w wyniku niewypłacalności swoich klientów. A że wpadną, to pewne. Kłopoty już ma cala branża transportowa, deweloperzy i część eksporterów. Gdy PKB USA i Eurolandu spadnie o 20 proc., problemy będą miały prawie wszystkie branże w Polsce. Jednym z wyjątków będzie branża windykacyjna. Polski rząd jeszcze nie dostrzega nadciągającej katastrofy. Szkoda. Bo trzeba działać szybko. Jerzy Krajewski, redaktor naczelny kwartalnika „Europejski Bank Spółdzielczy”
|



Na naszych oczach załamuje się światowy ład gospodarczy oparty na kapitalistycznych zasadach i papierowym pieniądzu. Mam po kilka rad dla parlamentu, rządu i Komisji Nadzoru Finansowego, jak złagodzić skutki kryzysu. Większość jest dość radykalna. Idą jednak bardzo ciężkie czasy, które wymagają nadzwyczajnych działań.