Menu Content/Inhalt
Witaj w serwisie arrow Instytut Wolności arrow Najpierw porządkowanie, potem stabilizowanie

Menu główne

Witaj w serwisie

Konferencje

Konferencje

Klub Gepardów

Klub Gepardów

Gepardy Biznesu

Konkurs

Efektywna Firma

Konferencje
Mazowieckie
InfoCredit

Członkowie

Członkowie

Wyróżnieni

Wyróżnieni

Przyjazna gmina

Przyjazna gmina

Przyjazny bank

Przyjazny bank

Magazyn

Magazyn
Najpierw porządkowanie, potem stabilizowanie Drukuj
15.01.2006.
Image
Z Zytą Gilowską, posłanką Platformy Obywatelskiej, wiceprzewodniczącą Sejmowej Komisji Finansów Publicznych, rozmawia Jerzy Krajewski

Redakcje miesięcznika „Finansista" i Radia PiN prowadzą kampanię na rzecz wprowadzenia do art. 217 Konstytucji RP zapisu, że zmiany w przepisach dotyczących podatków i innych danin publicznych wchodzą w życie minimum rok po ich opublikowaniu w Dzienniku Ustaw. Jakie jest zdanie Platformy Obywatelskiej w tej sprawie?

Jako ekonomistka chętnie poprę normę, że przepisy dotyczące podwyższania danin publicznych wchodzą w życie rok po ich uchwaleniu. Natomiast w pozostałych sytuacjach nie mogę się na roczne vacatio legis zgodzić, ponieważ uważam, że Polska potrzebuje uproszczenia i obniżki podatków. Gdyby pojawiła się wola polityczna i możliwości ekonomiczne obniżania podatków, trzeba byłoby czekać z tym praktycznie dwa lata. Przez pierwszy rok opracowywać zmiany, a następny rok czekać, aż wejdą one w życie.

Głównym celem vacatio legis jest danie obywatelom czasu na zapoznanie się z nowymi przepisami i dostosowanie swojego działania do nich. Chodzi też o stabilizację prawa podatkowego.

Nikt inny w tym Sejmie tak jak PO nie protestuje przeciw zbyt częstym zmianom prawa podatkowego. W tej kadencji zmienialiśmy podatki praktycznie co miesiąc. Mimo to, byłabym niesłychanie ostrożna we wprowadzaniu rocznego vacatio legis, ponieważ znajdujemy się w tej chwili w trakcie trzech bardzo skomplikowanych procesów: niedokończonej transformacji z socjalizmu do gospodarki rynkowej, integracji z Unią Europejską i globalizacji. Nadrzędną sprawą jest korzystanie z każdej okazji do obniżki podatków. Tego rodzaju przepis spowalniałby zmiany. Choć rozumiem, że jest to broń obosieczna.

Cześć partii chce uszczęśliwiać podatników, ale dla obywateli istotne jest również, by to uszczęśliwianie wprowadzać spokojnie, bez stresów. Wielu woli poczekać, by lepiej zrozumieć nowe przepisy.

Nie mówimy o uszczęśliwianiu, ale o racjonalizacji systemu podatkowego. Na jakiej podstawie twierdzi pan, że część podatników woli o rok dłużej czekać na obniżkę podatków? Może na początku rządów SLD, czyli w końcówce 2001 r., byłabym zainteresowana takim przepisem. Ale oni podwyższyli podatki, a teraz trzeba je obniżyć.

Tylko podwyższyli? Mam spółkę z o.o. i jestem zadowolony z obniżki podatku CIT z 28 proc. w 2001 r. do 19 proc. obecnie.

Podwyższali podatki nieustannie. Nastąpiła likwidacja wielu ulg, w tym najważniejszej - budowlanej, wysokim ryczałtem opodatkowano odsetki bankowe, wprowadzono akcyzę na energię elektryczną, podniesiono VAT do 22 proc. na materiały budowlane. W podatku dochodowym od osób fizycznych od trzech lat nie ma waloryzacji progów, co przecież oznacza realny wzrost ciężaru podatkowego. A teraz jeszcze kołacze się pomysł zlikwidowania kwoty wolnej dla osób średnio i dobrze zarabiających! To nie są podwyżki? Gdyby to był początek rządów tej koalicji, myślę, że Platforma popierałaby wprowadzenie rocznego vacatio legis. Ale ze względu na to, że układ socjalistyczno-lewicowy jest w końcówce władzy, nie podnosiłabym kwestii petryfikacji obecnego systemu, bo jest on uciążliwy, niewydolny i ekonomicznie mało efektywny.

Skandal z uchwaleniem ustawy o podatku od towarów i usług wiosną 2004 r. był impulsem dla nas, by podnieść sprawę vacatio legis.

Rozumiem, ale najpierw trzeba uporządkować system podatkowy.

Jak chcecie zmieniać podatki? Czy nadal trzymacie się koncepcji trzy razy 15 proc. w PIT, CIT i VAT?

Tak, stoimy na stanowisku, że to jest model korzystny dla Polski. To jest część naszej oferty politycznej. Jeżeli wyborcy będą na nas głosowali, zrobimy wszystko, by taki model wprowadzić w życie.

A podatek katastralny?

PO zdecydowanie opowiada się za wprowadzeniem przejrzystego systemu podatkowego i w ramach tej przejrzystości sądzimy, że w rozsądnym terminie należy zlikwidować podatek od powierzchni nieruchomości, podatek rolny i podatek leśny, a w to miejsce wprowadzić jednolity podatek od wartości nieruchomości. Pośpiech w tym przypadku jest niewskazany, ponieważ nie jesteśmy gotowi z systemem ewidencji geodezyjnej, niezbędnym dla utworzenia ewidencji fizycznej nieruchomości i ewidencji fiskalnej. Taki podatek trzeba przygotować bardzo porządnie, żeby nie było blamażu i żeby ludzi niepotrzebnie nie stresować.

Kiedy powinniśmy zastąpić złotego walutą euro?

W jak najszybszym rozsądnym terminie. Najpierw musimy dwa lata przetrwać bez większego szwanku w systemie walutowym ERM 2. Musimy więc ustabilizować finanse, by utrzymać wymagania Traktatu z Maastricht. Rok 2006 będzie dla finansów publicznych niesłychanie trudny. Liczę, że wtedy uda się przeprowadzić działania racjonalizujące. Gdyby tak się stało, to w latach 2007-2008 możemy być w systemie ERM 2, a w 2009 r. wprowadzić euro.

Nie obawia się Pani, że tak szybkie wprowadzenie euro może zaszkodzić polskiej gospodarce? Ostatnio rozwija się ona głównie dzięki eksportowi, który dynamicznie rósł, bo złoty był słaby - euro kosztowało nawet ponad 4,80 zł. Nasza gospodarka jest na innym etapie cyklu koniunkturalnego niż Niemcy.

Nie lekceważę tych obaw. One są poważne. Jestem ich świadoma. Pożytki z różnic kursowych (np. możliwość stymulowania eksportu dzięki słabemu złotemu) to jest jedno, ale koszty związane z ryzykiem kursowym też są duże. Ponadto, jeżeli mamy wykazywać elementarną konsekwencję i weszliśmy do UE, to powinniśmy podjąć ryzyko, które podjęły państwa więcej od nas ryzykujące, takie jak Niemcy, Francja, Włochy. Rachunki potencjalnych strat i potencjalnych zysków przygotowane w różnych miejscach w Polsce, m.in. przez NBP, pokazują, że bilans wprowadzenia euro będzie dodatni. Wprawdzie nie będziemy korzystali z „falującej" złotówki, ale wyeliminujemy ryzyko kursowe, ułatwimy obrót gospodarczy, obniżymy koszty transakcyjne. Jako ekonomista większe ryzyko upatruję w podstawowych stopach procentowych, które Europejski Bank Centralny ustanawia na poziomie średnim, a więc nie najlepszym ani dla gospodarek, które zostają w tyle, ani dla rozwijających się dynamicznie. Możliwość prowadzenia własnej polityki stóp procentowych jest dziś dla Polski wygodna. To jest pożyteczny instrument, którego po wejściu do strefy euro już nie będziemy mieli. Pozbawimy się też możliwości prowadzenia własnej polityki w zakresie podaży pieniądza, ale nad tym boleję mniej. Cóż, tak to już jest w gospodarce. Coś za coś.

Są kraje, takie jak Wielka Brytania, Szwecja czy Dania, które są w UE, ale po­za strefą euro.

Funkcjonowanie w UE z własnym systemem walutowym jest możliwe przez pewien czas, gdy ma się długie tradycje silnej waluty i autonomii gospodarki, a na dodatek, tak jak Wielka Brytania, jest się państwem wyspiarskim. W odniesieniu do państwa takiego jak Polska, bez długiej tradycji silnej waluty i z gospodarką silnie powiązaną z kontynentalnymi państwami UE, skłonność do obrony własnej waluty z naturalnych przyczyn jest dużo mniejsza.

Czy należy zostawić w rękach państwa strategiczne przedsiębiorstwa, banki i towarzystwa ubezpieczeniowe?

Firmy prywatne funkcjonują lepiej niż państwowe i są autorami naszego sukcesu, np. w postaci wzrostu eksportu. Nie widzimy więc przeszkód, by przedsiębiorstwa, takie jak: PKO BP, PZU, KHGM czy zakłady energetyczne, miały być prywatyzowane. Ważne są tu dwie okoliczności. Po pierwsze, maksymalna przejrzystość procesów prywatyzacyjnych, z czym do czynienia nie mamy! Jest mnóstwo pogłosek, plotek, domniemań, które wszystkich niepokoją. Przejrzystość potrzebna jest po to, by w procesie prywatyzacji mogli wziąć udział wszyscy, których na to stać. Po drugie, mamy wątpliwości, czy procedury prywatyzacyjne mogą być takie same przy prywatyzacji małych firm i takich, które mają bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo kraju, np. firmy z sektora paliwowo-energetycznego.

Co PO sądzi o próbach ograniczenia handlu w niedziele, tak jak jest to np. w Niemczech, głównie po to, by chronić prawa pracowników do wypoczynku w niedziele i święta?

Platforma na razie nie zabrała głosu w tej sprawie, ponieważ uważamy, że dyskusja z powodów ideologicznych jest zdeformowana. W niedziele i święta pracują liczne służby, których funkcjonowanie jest niezbędne dla państwa - pracują koleje, komunikacja miejska, elektrownie, wodociągi, służby kanalizacyjne, szpitale, pogotowie ratunkowe, porty, lotniska i wszelkie fabryki funkcjonujące w systemie ciągłym. Przecież nikt nie wygasza pieców hutniczych w piątek, by je ponownie rozgrzać w poniedziałek. Z punktu widzenia ochrony praw pracowniczych jest to więc część większej całości. Jako człowiek wierzący znam przykazanie, by „dzień święty święcić", ale dyskusja musi dotyczyć tego, kto może w niedziele nie pracować. Przeciwnicy handlu w niedziele podnoszą argumenty przeciw supermarketom, co po ludzku rozumiem, ale konstytucja nie pozwala, by ograniczenia prawne miały charakter dyskryminacyjny.

Małe sklepy z reguły nie pracują w niedzielę, tak przynajmniej jest w Markach, gdzie mieszkam. A czy problemem jest, by ludzie robili większe zakupy w sobotę?

Rozumiem argumentację stron. Wiem, że pracownicy supermarketów są do tej pracy zmuszani. Z kontroli Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że często poważnie są tam łamane prawa pracownicze. Ze strony państwa należy się pracownikom ochrona. Ale ograniczanie sprawy do zamykania w niedziele wielkich sieci handlowych, w sytuacji gdy mnóstwo służb musi pracować w systemie ciągłym, mnie osobiście nie przekonuje.

Handel nie musi pracować w systemie ciągłym. Staram się nie robić zakupów w niedzielę i wiem, że można tak żyć.

Ja również w niedzielę zakupów nie robię. Jestem zdziwiona, że tylu ludzi udaje się w tym dniu do supermarketów. Przecież cierpimy na brak czasu na pielęgnowanie więzi rodzinnych. Niedziela zawsze była czasem poświęconym rodzinie i tak powinno pozostać. Nie można jednak prawnie nakazać ludziom zajmowania się rodziną, a nie zakupami. Tutaj powinny wystarczyć przykazania boże.

Jakie jest stanowisko PO w sprawie ustawy o lichwie?

Lichwa była tępiona od czasów starożytnych, jest też silnie napiętnowana w Biblii. Ale dzisiaj dłużnicy nie są zastraszonymi analfabetami, zaciągają pożyczki i kredyty dobrowolnie (chociaż często lekkomyślnie), na ogół znają swoje prawa i obowiązki, żyjemy przecież w cywilizacji praw człowieka!
Problemem nie jest więc trudna do zdefiniowania sprawa lichwy, lecz raczej przejrzyste prawo bankowe, zmuszające banki do formułowania uczciwych umów kredytowych. A na różne łańcuszki i piramidy dla naiwnych lub desperatów (tak powstała słynna Kasa Grobelnego, tak działał osławiony system argentyński, takie są reguły w lombardach), nie ma innego sposobu jak edukacja. Bywa, że bolesna.

Nasz rozmówca
Prof. dr hab. Zyta Gilowską, od 1994 r. kierownik Katedry Finansów Publicznych KUL. Absolwentka Wydziału Ekonomii Politycznej Uniwersytetu Warszawskiego (1967-1972). W latach 1972-1985 w UMCS, od 1986 r. w KUL. W latach 1996-2000 profesor w Europejskim Instytucie Rozwoju Regionalnego i Lokalnego Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1990-1998 radna Rady Miejskiej w Świdniku. W latach 1992-1998 delegat Polski do Kongresu Władz Lokalnych i Regionalnych Rady Europy. W latach 1993-1995 członek Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego. W latach 1990-1994 wiceprzewodnicząca Lubelskiego Sejmiku Samorządowego, w latach 1992-1995 wiceprzewodnicząca Rady ds. Samorządu Terytorialnego przy Prezydencie RR Od jesieni 2001 r. posłanka PO, wiceprzewodnicząca Komisji Finansów Publicznych. Od czerwca 2003 r. wiceprzewodnicząca Platformy Obywatelskiej.

Miesięcznik "Finansista" nr 7-8/2004

 
designed by www.madeyourweb.com